“ Jedyną stałą rzeczą jest w życiu to…

że wszystko ulega zmianie. ”

Nic tak nie przeraża takiego introwertyka jak ja… Jak ciągłe zmiany. Nowe otoczenie, nowi ludzie, nowe wyzwania, nowe rzeczy do ogarnięcia, nowe zadania, nowe zmartwienia, nowe trudności i konieczność udowadniania wszystkim, że nie odzywam się zbyt często nie dlatego, że kogoś nie lubię, tylko po prostu dlatego, że się wstydzę, nowe radości (choć to akurat w mniejszej ilości… Przynajmniej na początku), a w efekcie tego wszystkiego… Nowa ja. Mam zatem wrażenie, że ostatnie kilka tygodni obfitowało w taką ilość nowości i zmian, że momentami mam poczucie, że jestem… zupełnie innym człowiekiem. Ale w sumie zacznijmy od początku…

Chciałoby się powiedzieć, że tegoroczna zmiana czasu z zimowego na letni (swoją drogą nie jest to moja ulubiona zmiana czasu… Dość, że człowiek śpi krócej to jeszcze wiąże się to z ucieczką zimy, której co prawda nie było w tym roku zbyt dużo, ale i tak bardzo tęsknię) otworzyła jakiś worek mniej lub bardziej zrozumiałych dla mnie zmian.

No bo jak wytłumaczyć fakt, że mój największy, jedyny i niezastąpiony, siatkarski idol… Zmienia klub po tylu latach? Mój ukochany czarno – żółty klub, któremu kibicuję niezmiennie od tych trzynastu/ czternastu lat. Kiedy mówię sobie Mariusz Wlazły zawsze przed oczami ukazuje się czarno – żółty widok jego (byłych już jak się okazuje) barw klubowych. Otwiera się mój czarno – żółty worek bełchatowskich (z biało – czerwonymi, patriotycznymi wstawkami) wspomnień. Pierwsze mecze w telewizji, pierwsze mecze na żywo, pierwsze zdjęcia (mniej lub bardziej wspólne :D), a ponadto te wszystkie emocje, które towarzyszyły mojemu kibicowaniu tej drużynie i temu zawodnikowi przez te wszystkie lata. Były łzy radości… Łzy smutku… Szczęście i gniew. Wiele wygranych, sporo przegranych. A tymczasem… Kończy się pewna epoka. Serce pozostanie rozdarte… Będzie musiało wybierać między miłością do ulubionego klubu, a… chęcią kibicowania ulubionemu siatkarzowi grającemu już w innym klubie. Niech mi ktoś powie… Jak żyć?! No jak?! Niech mi to ktoś wytłumaczy.

Potem poszło już lawinowo. Cały świat przewrócił się do góry nogami z powodu korona wirusa. Każdy musiał przewartościować swoje życie i dopasować do obowiązujących już od kilku tygodni standardów. Kolejne obostrzenia, kolejne zakazy, nakazy… Narastający strach i obawy o to co będzie dalej… Strach o własne zdrowie i zdrowie naszych najbliższych, a poza tym nie tylko zdrowie, a nawet i życie. Kolejne przedsiębiorstwa zmieniały model pracy na pracę na model pracy zdalnej… Model, który „dotknął” również i miejsce mojej pracy.

Nie zamierzam się teraz rozwodzić na temat pracy, ostatecznie mamy jeszcze końcówkę świąt (choć jak będziecie to czytać to święta będą tylko snem przeszłości). Obowiązkowa kwarantanna uświadomiła mi natomiast jedną rzecz na temat… Mnie samej. Zawsze wydawało mi się, że jestem tak skrajną introwertyczką, że bardziej się już nie da. Zresztą jeszcze kilka dni (no może kilkanaście dni) przed rozpoczęciem kwarantanny robiłam test o tym jak bardzo aspołeczna jestem. No i generalnie jestem VERY antisocial, co jest dosyć niepokojące. Jednak podczas przymusowego siedzenia i pracy z domu uświadomiłam sobie, że może ta moja antyspołeczność jest trochę przesadzona, gdyż… Tęsknię za ludźmi. Za ich towarzystwem, możliwością rozmowy twarzą w twarz, kiedy mogę widzieć ich reakcje na to co mówię, co robię, jak się zachowuję itd. Tęsknię za tym, że mogę słuchać tego, o czym opowiadają. W sumie to nawet samo słuchanie sprawia mi większą radość, bo jednak bycie introwertykiem do czegoś zobowiązuje. Nie lubimy rzucać się w oczy… Ani w uszy. Z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę, że właśnie takiego oderwania od rzeczywistości mi było trzeba. Mam okazję pobyć sama ze sobą i poznać… Siebie. Nie mogę powiedzieć, że zamknięcie mnie w czterech ścianach było najgorszym posunięciem ze strony tych, którzy tak zarządzili. W zasadzie… Wręcz przeciwnie. Choć nuda nie jest… Czymś o czym ludzie marzą to muszę przyznać, że czasami… Lubię się nudzić. Kiedy siedzę sama w swoich czterech ścianach i jestem skazana na swoje własne towarzystwo. Ale to już chyba taka cecha charakterystyczna każdego introwertyka. Samotność sprawia, że nasze energetyczne baterie ładują się właśnie kiedy jesteśmy sami, byśmy potem byli w stanie „znieść” krzyczący wszechświat, który nas otacza i jeszcze bardziej docenić to co mamy. W zasadzie kwarantanna doprowadziła mnie w pewnym sensie do „rozdwojenia jaźni”. Łaknę towarzystwa ludzi i samotności jednocześnie. O ile samotność tak nie dziwi o tyle… Potrzeba wyjścia do ludzi w moim przypadku jest dość… Zaskakująca. Ale co zrobić… Ludzie się zmieniają czyż nie?

Obecne czasy, korona wirus i wszystko co złe, co się z nim kojarzy, pociągnęły też za sobą o wiele gorsze zmiany w moim życiu. Ponownie przyjdzie mi się zmierzyć z… Nową rzeczywistością. Nową i niekoniecznie łatwą dla takiego introwertyka, który może i tęskni za ludźmi, ale niekoniecznie… Tymi, których nie zna. Los (albo pech) chciał, że… Moje życie w pewnym sensie zatoczyło koło i już niebawem przyjdzie mi się zmierzyć z czymś, z czym nie planowałam się mierzyć jeszcze przez długi czas… A już na pewno nie do końca mojej chciałoby się powiedzieć jeszcze aktualnej umowy o pracę na rzecz określony. Wyszło jednak trochę inaczej. Rok temu o podobnej porze borykałam się z tym samym problemem, z którym znowu będę mierzyć się już za parę dni. Wtedy… W poszukiwaniu swojej nowej „drogi życia” wywiało mnie aż do Gdańska (jedynie przejściowo, bo jak wiadomo, los zawsze chce inaczej i moja przeprowadzka nad morze okazała się jedynie niespełnionym marzeniem).

Nie sądziłam, że… aktualny rozdział mojego życia będzie tak krótki. Tak krótki, ale za to obfitujący w… Dużo szczęścia. Szczęścia w postaci ludzi, których poznałam. Jak tak sobie wspominam wszystkie moje przeszłe, „pracownicze” doświadczenia to stwierdzam, że co jak co, ale do ludzi to ja miałam szczęście w każdym miejscu pracy. Tym razem było tak samo, za co dziękuję losowi lub… temu, kto „zmusił” tych wszystkich wspaniałych ludzi do przyjścia do tej samej pracy. Tak więc… Moja aktualna praca będzie mi się kojarzyć z kilkoma aspektami… Nie będą jakieś wystrzałowe, wręcz bym powiedziała, że będą absurdalne i dodatkowo nie będzie ich jakoś specjalnie dużo, ale teraz jak sobie pomyślę o balonach, memach, Magdzie Gessler, klimatyzacji (lub jej braku), Przyjaciołach, Chandlerze, Sheldonie, nienawiści do tych samych ludzi, Turcji, kiwi, zepsutym… Spieniaczu do mleka… I mogłabym tak w nieskończoność… To zawsze myślami będę wracać do tego miejsca i tych ludzi. Poza tym ta praca dała mi możliwość spełniania się nie w jednym, ale w dwóch wyuczonych zawodach – dała mi szansę posługiwać się jednym z najwspanialszych języków na świecie i to… W turystyce. Czego chcieć więcej. No… Nie mam zbyt wiele czasu na przemyślenia na ten temat, więc pora znowu na poważnie zastanowić się nad swoim życiem i nad tym, czego od niego oczekuję i… W jaki sposób chciałabym je „zapełnić” i w jaki sposób zarabiać na chleb. Zatem… Jakby to powiedział klasyk… Podejdźmy do sprawy na poważnie. Żeby tradycji stało się zadość… Pora zaktualizować CV o nowe doświadczenie i generalnie wziąć swoje kredki i wyjść plis. No i chciałoby się zacytować przyjemną, słowacką piosenkę: ja neľutujem ani jedinú chvíľu s tebou a ak niečo ľutujem tak len chvíľe keď som s tebou nebolI myślę, że to jest kwintesencja tego, jak super mi było przez ostatnie prawie pół roku.

A teraz co… Zbliżam się powoli do końca tego rozdziału o wspaniałej słowacko – turystycznej tematyce i z niecierpliwością czekam, aż zacznę „czytać” i przeżywać kolejny rozdział swojego życia. Tytułu tej życiowej książki nie ma, ale nucąc sobie pod nosem innego, słowackiego klasyka chciałoby się w właśnie tak tę książkę nazwać…. žijeme len raz, prave tu a prave teraz…. Dlatego swoje początki zaczynam bardzo skromnie (nie patrząc na to co przyniesie przyszłosć) od bloga, gdzie może i nie zmieniła się nazwa ani tematyka, ani szablon (jedynie czcionka i kolorystyka, no i adres URL xd), no i od sekcji „O mnie” o tutaj: https://szczescietociastki.wordpress.com/about-2/, nowego fanpage na facebooku: fb.me/szczescie.to.ciastki, by móc już niebawem zebrać dupę w troki i zacząć podejmować rozsądne decyzje. A w nowy rozdział życia wejść w taki oto absurdalny sposób:

Więc… Besos! 🙂

5 comments

  1. Myślę że ten czas jest ciężki dla wszystkich. Tylko dla każdego z innego powodu. Jestem ekstrawertyczka i takie siedzenie w domu to dla mnie koszmar. I też nie lubię zmian. Bardzo. Ale myślę że ten czas też nas dużo nauczyć i na tym trzeba się skupić. 🙂

    Polubienie

  2. Obecny czas jest ciężki dla wszystkich, najgorsza jest niepewność i to, że nie można nic zaplanować, bo tak naprawdę nie wiadomo, jak się sytuacja będzie rozwijała

    Polubienie

  3. Również dotychczas uważałam się za introwertyczkę, stąd zdziwiło mnie bardzo, że podczas kwarantanny brakuje mi właśnie bezpośredniej interakcji z innymi ludźmi, bo przecież kontakt wirtualny, zdalny – jest. Ale to tylko pokazuje, że sami dla siebie stanowimy jedną wielką niewiadomą i musimy się znaleźć w pewnych okolicznościach, by móc tak naprawdę stwierdzić, jak zareagujemy i czego nam będzie potrzeba 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s